Na lekko

Moje brydżowe początki

Pewnie każdy z nas zapytany, za co lubi w brydżu udzieli innej odpowiedzi. A i rzeczy, z których można wybierać jest wiele. Są te z grupy „socjalne”, czyli towarzystwo, ludzie, atmosfera czy dobrze spędzony czas. Są także te „techniczne”, czyli licytacja i rozgrywka. A i także te z grupy „wyobraźnia”, czyli m.in. przewidywanie licytacji, wyobrażanie sobie rąk graczy oraz wyciąganie wniosków z licytacji i zagranych kart.

Myślę, że tak na prawdę każdy brydżysta kocha brydża za element z każdej z grup. Bo wszystko to łączy się w jedną spójną całość, która przyciąga i (myśle, że nie przesadzę, jeśli powiem:) uzależnia 😍 Tak jest i ze mną. Uzależnienie trwa do dziś.

Brydża poznałam przypadkiem. Nauczyciel w szkole zaprosił na zajęcia pozaszkolne. Na brydżowe kółeczko wybierało się dużo osób, poszłam i ja. O brydżu wiedziałam tyle, że to ma coś wspólnego z kartami. A że zawsze z Dziadkiem lubiłam grywać w tysiąca i sześćdziesiąt sześć, pomyślałam, że brydż może mi podpasować.

Kiedy zaczęłam stawiać pierwsze brydżowe kroki, najważniejsze dla mnie było opanowanie aspektów technicznych. To pewnie że to w dużym stopniu dlatego, że moje szare komórki pracują mocno technicznie – „umysł ścisły” jak zwykło się mawiać.

Szybko rzuciłam się w wir nauki systemu i konwencji oraz jak najszybsze szkolenie rozgrywki. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że sama znajomość licytacyjnych sztuczek nie wystarcza, ale chłonęłam jak gąbka wszystko, co ktoś tylko zarekomendował. Pamiętam, jak rymowankę odpowiedzi po Wilkoszu uczył mnie kolega ze szkolnej ławy. Kiedy eksperymentowałam z partnerką ze stworzeniem własnego systemu, którego celem miało być zaćmienie obrazu przeciwnikom (choć tak na prawdę ten system przeszkadzał tylko nam 🤦‍♀️). I jak jedną z ważniejszych konwencji, która miałyśmy z partnerką w swoim arsenale był Blackwood (tak tak, proszę się nie śmiać! To były takie czasy, kiedy jeszcze o asy pytało się za pomoc Gerberem, a Blackwood był powiewem nowoczesności – przynajmniej ja to tak pamiętam 😜 ).

Miałam setki kartek z rozpisanymi sekwencjami, które zapominały się w najbardziej potrzebnym momencie. Więc improwizowało się wiele… a właściwie mogę zaryzykować stwierdzenie, że ten element mam wyćwiczony od lat 😉 (choć teraz już wiem, że im prościej tym lepiej, za młodu ta metoda była dla mnie stanowczo za nudna i za mało ambitna, heh).

Grywaliśmy regularnie przez całe liceum, co piątek, w Domu Kultury w centrum miasta. Każde spotkanie rozpoczynało się od pewnego elementu szkoleniowego. Poźniej był turniej. A po turnieju, kiedy już można było wracać do domu poźniej niż po 19, zachodziliśmy do popularnego pubu by przy coli i frytkach omawiać rozegrane rozdania. Oh, to były czasy!

Od czau do czasu nasz brydżowy opiekun wysyłał nas na zawody. Trafiały się ogólnopolskie ale ja najmilej wspominam te wojewódzkie. Bywało, że do naszego małego miasteczko przyjeżdzali koledzy z miasta wojewódzkiego. Wtedy to było dla nas jak przyjazd celebrytów, bo wiadomo było, że oni to świetnie grają. Autografów nie zbierałam ale pamiętam, że przeżywałam kilka dni, kiedy okazywało się, że uda się zagrać z taką szycha w turnieju mixtowym 🤓🙃

Szybko okazało się, że środowisko brydżowe mocno wciąga. Znajomości nawiązywało się błyskawicznie, zawsze były tematy do rozmowy a kiedy już nie było rozdań do omawiania… organizowało się stolik. Na wyjazdach spało się mało, po turniejach grało się do bladego świtu. I podczas niezliczonych godzin spędzonych przy kartach zawiązywały się przyjaźnie, które trwają do dziś.

* * *

Minęło już trochę czasu od kiedy pierwszy raz usiadłam przy brydżowym stoliku. Z biegiem lat brydż odkrywał przede mną swoje różne oblicza. Lubię wyzwania, którym trzeba sprostać w każdym rozdaniu – lubię małe zwycięstwa kiedy uda mi się dobrze rozczytać ręce obrońców i wciąż uczę się pokory, kiedy najbardziej prawdopodobne zagranie przynosi słaby wynik. Wszystkie sportowe aspekty gry są mi bardzo bliskie i dają sporego kopa adrenaliny.

Ale wiesz co? Brydża najbardziej cenię sobie za to, że daje możliwość obcowania z ludźmi, którzy odbierają na tych samych falach… i doskonale rozumieją, że nie możesz zasnąć, dopóki nie wymyślisz jak GIB wygrywa – z pozoru mogłoby się wydawać – nieidącą końcówkę 🤓

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *